Izba Lekarsko - Dentystyczna

U stomatologów – Razem czyli osobno Anita Pacholec Artykuł z Gazety Lekarskiej

Autorka jest lek. dentystą, specjalistą chirurgii stomatologicznej we Włocławku.

________________________________________
Jestem przeciwna jakiejkolwiek autonomii w izbie lekarskiej dla lekarzy dentystów

Zamieszanie, jakie od pewnego czasu panuje w tej kwestii, budzi podziw co do skuteczności, jaką wykazali się nasi niektórzy koledzy, wywołując tę zawieruchę. Świadczy to, między innymi, o tym jak, przy odpowiedniej determinacji i wytrwałości, niewielka grupa ludzi może osiągnąć swój cel.

Ciekawe, co mogliby osiągnąć dla środowiska dentystów w naprawdę ważnych sprawach, gdyby tę swoją energię skierowali w bardziej oczekiwanym kierunku. Na usta ciśnie się pytanie, czy naprawdę mniejszość dentystów w stosunku do lekarzy jest aż tak wielką rzeczywistą przeszkodą. Obecna sytuacja zdaje się temu przeczyć.
A tak na marginesie interesujące jest, czego to nie mogli nasi koledzy dentyści osiągnąć z powodu blokowania ich poczynań przez naszą „większą siostrę”. Może jakieś konkrety? Może projekty uchwał odrzuconych w głosowaniu przez lekarzy?
Obecnie sytuacja nie jest jeszcze w pełni jasna, ale warto chyba zrobić rachunek zysków i strat, z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć, jeśli nasi koledzy osiągną swój cel.
Załóżmy, że według nowej ordynacji wyborczej na kandydatów do rad lekarskich i na delegatów na zjazd krajowy głosować będą dentyści na dentystów, a lekarze na lekarzy. Co w tej sytuacji my, dentyści, zyskamy? No i chyba będę musiała poprosić o pomoc szanownych kolegów ze Szczecina, Poznania czy Krakowa, bo jakoś sama nie potrafię zobaczyć tych korzyści. Za to widzę pewne straty. Też, nie przesadzajmy, niewielkie. Bo w tych izbach, gdzie współpraca dentystów i lekarzy układała się dobrze, to wszyscy wiedzą kto jest animatorem tych zmian i rozumieją, że koledzy dentyści zdecydowanie się od tych pomysłów odcinają. Tam nie zmieni się więc nic. Ale za to tam, gdzie ta współpraca nie była wzorowa, a przypuszczam, że takie izby istnieją, no bo po co byłaby ta cała wojna, to teraz o przyjaźni w ogóle można zapomnieć. A to na pewno nie poprawi sytuacji dentystów.

Korzyści

Zastanawiam się więc, po co to wszystko. Wydaje się, że dla autorów tych zmian istotna jest jednak nie sytuacja przejściowa, ale dalekosiężny cel. Jest to bowiem wyłom w murze, a ostatecznie chodzi o pełną autonomię lub wręcz oddzielenie izby dentystycznej. Rozważmy więc i taką sytuację, gdyby nasi koledzy osiągnęli pełny sukces i doprowadzili do całkowitego rozdzielenia izb. Na marginesie należy zaznaczyć, że pozostaje nierozwiązany status kolegów o podwójnym dyplomie, bo tacy też są wśród nas.
Prześledźmy jednak korzyści.
– Skupilibyśmy się tylko na sprawach stomatologów, co wprawdzie jest możliwe również teraz w ramach komisji stomatologicznych, no ale to zawsze tylko komisja.
– Mniejsza liczebnie organizacja jest łatwiejsza do zarządzania (to prawda i widać to na przykładzie małych izb okręgowych).
– Jednolite interesy członków mogą przyczynić się do większej determinacji i skuteczności działania.

Straty

A teraz straty.
Straty naukowe
– Izolacja zawodowa od lekarzy zamknie możliwości rozmowy, wymiany informacji, możliwości szybkiej i łatwej pomocy w sprawach zawodowych, która teraz istnieje na zebraniach organów izby.
– Posiadanie czysto dentystycznej gazety spowoduje ograniczenie dostępu do informacji ogólnomedycznych, jakie znajdujemy teraz w „Gazecie Lekarskiej”.
Straty prestiżowe
– Teraz, gdy przedstawiciel rządu czy ministerstwa spotyka się z przedstawicielami izby lekarskiej wie, że rozmawia z delegatami 150-tysięcznej organizacji zawodowej. Po rozdziale będziemy marginalną organizacją reprezentującą ok. 25 tysięcy członków. Na spotkanie nie pofatyguje się już minister, lecz jego trzeci zastępca. Bo kto się będzie przejmował taką, prawie niszową, organizacją? Lekarze nadal jednak będą dużą 125-tysięczną organizacją. Wtedy dopiero nas zdominują.
– Stracimy również na prestiżu zawodowym w świecie medycznym. Wiele czasu i pracy kosztowało niektórych z nas, by lekarze traktowali nas tak jak na to zasługujemy, czyli jak lekarzy, tyle tylko, że z określoną już wcześniej specjalizacją. Że mamy bardzo podobne wykształcenie i wiedzę. Teraz na własne życzenie robimy wszystko, by udowodnić, że jest całkiem odwrotnie.
Straty organizacyjne
– W ostateczności spodziewałabym się braku „Gazety Stomatologicznej” (czy jak by się inaczej nazywała) na poziomie „Gazety Lekarskiej” z powodu braku chętnych do jej redagowania. Kiedyś redaktor naczelny „GL” zagwarantował pewną liczbę stron w „Gazecie” dla stomatologów, by mogli tam publikować swoje artykułu. Stało się to po promowaniu pomysłu grupy dentystów, że powinniśmy mieć własną gazetę, bo teraz z powodu braku miejsca na łamach często trudno się przebić sprawom dentystów. Skutek jest taki, że po wielkim szumie i krótkim zrywie pisarskim nie było komu tych stron wypełnić. A co dopiero mówić o wypełnieniu sensownym całej gazety!
– Z powodu małej liczebności struktura będzie musiała być mniej rozbudowana. To wprawdzie niesie oszczędności, ale powoduje, że do siedziby na obecnym poziomie okręgowym będziemy musieli udać się w dużo dalszą podróż, bo zapewne nie będzie jej w każdym mieście wojewódzkim.
Straty ekonomiczne
Ograniczenia organizacyjne będą wymuszone brakiem finansów. Policzmy szacunkowo:
– Obecnie 160 000 członków x 40 zł x 12 miesięcy = 76 800 000 zł rocznego budżetu.
Z tego utrzymujemy: izba naczelna, gazeta, 24 izby okręgowe, centralny rejestr lekarzy, rzecznik odpowiedzialności zawodowej i sąd lekarski na poziomie okręgowym i naczelnym.
– Po rozdziale 34 tysięcy członków x 40 zł x 12 miesięcy = 16 320 000 zł.
Ciekawe co z tego da się sfinansować. Nadmienić trzeba niestety ze wstydem, że dentyści są największymi dłużnikami w płaceniu składek. Nie ma więc co liczyć na pełną sumę, a poprawy sytuacji ja osobiście bym się nie spodziewała. I niech koledzy z Poznania, Szczecina czy Krakowa się nie cieszą, z tych pieniędzy da się utrzymać pewnie tylko jedną siedzibę i zapewne byłaby ona w Warszawie, bo jest to chociaż trochę w środku kraju. To bardzo istotne dla mieszkańców Przemyśla, Białegostoku czy Jeleniej Góry. A więc z każdym problemem musielibyśmy jechać kilkaset kilometrów.
Z tych samych powodów zapewne nie stać nas będzie na wydawanie gazety, a już na pewno nie w tym formacie i częstotliwości co teraz „GL”.
Nasze sądy i rzecznicy odpowiedzialności zawodowej będą ubezwłasnowolnieni z powodu braków finansowych na odpowiednie procedowanie spraw. Niesie to zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa zawodowego i osobistego.

Drugie dno sprawy

Ale cała sprawa ma jeszcze drugie dno, i to bardziej niebezpieczne niż by się wydawało na pierwszy rzut oka. Sytuacja jest bowiem taka, że demokratycznie wybrani przedstawiciele lekarzy, po demokratycznych głosowaniach w ramach komisji stomatologicznych okręgowych i naczelnej, w ramach rad lekarskich okręgowych i naczelnej, w lwiej części są przeciw proponowanym zmianom, a mała grupa ludzi i tak realizuje swoje zamiary. Wygląda to tak jakby u szczytów władzy ta demokracja całkiem się gdzieś zapodziała. Szyją nam ubranko wbrew naszej woli, nie zważając na nasze sprzeciwy i tylko dla pozorów pytając nas o zdanie. Może i demokracja nie jest idealnym systemem społecznym, może to źle, że większość ma zawsze rację, ale nikt nic lepszego jeszcze nie wymyślił. Jakim więc prawem ktoś ustala zasady, na jakich mamy działać kompletnie nie licząc się z naszą opinią? Czy hasła „państwo prawa”, „państwo obywatelskie” to już zupełnie puste słowa?
W tej chwili dotyczy to, jak już wspomniałam, drobiazgów, ale zakusy są większe i myślę, że właśnie włączył się czerwony alarm. Jeśli teraz nie zareagujemy ostro i stanowczo na łamanie naszych praw jako członków samorządu i obywateli Rzeczypospolitej, to później będzie to już płakanie nad rozlanym mlekiem. Będzie można bowiem tą przetartą teraz drogą wprowadzać kolejne niechciane prze nas i niekorzystne dla nas zapisy, by wreszcie całkowicie nas ubezwłasnowolnić, a z izby lekarskiej zrobić marionetkę. Jeżeli bowiem koledzy z Krakowa, Szczecina czy Poznania mają nadzieję, że raz dane władzy, jaka by ona nie była, pole do działania da się odzyskać, a raz wykorzystany bat później trafi do lamusa, to świadczy tylko tyle, że są oni naiwnymi marzycielami, którzy jak dzieci wierzą w obietnicę cukierka. To znaczy, że nie rozumieją, iż władza państwowa i mocny samorząd to dwie rzeczy, których się nie da pogodzić na popołudniowej herbatce u cioci. To permanentny stan rywalizacji i ścierania się o strefy wpływów. Każdej władzy najbardziej zależy na tym, by organizacje samorządowe były słabe i rozdrobnione. Śmieszy również fakt, że w chwili, gdy podzielone samorządy prawnicze, by wzmocnić swą siłę, myślą o zjednoczeniu, jak sami mówią biorąc przykład z naszej organizacji, my będziemy się dzielić.
Przyznaję, to bardzo powierzchowna analiza i zapewne przy głębszym wgryzieniu się w temat udałoby się znaleźć kilka innych korzyści, ale i zapewne kilka innych strat i zagrożeń. Mnie osobiście wystarczy już to, by samej być przeciwną jakiejkolwiek separacji i apelować do moich szacownych kolegów o zdrowy rozsądek i odłożenie swych osobistych ambicji na bok dla dobra nas wszystkich.